Nie,
ani Bouli ani ja nie dostaliśmy zawału. Ale mnie mało brakowało,
a on ze swoim stoickim spokojem chyba się nawet nie zdenerwował.
Wyjechałam
na weekend, Rzadko mam okazję wyjechać, bo to i koszty, i problem z
opieką nad stadkiem w sumie kłopotliwych kotów, bo geriatria, leki
i ciągle któremuś coś dolega… Ale tym razem dostałam tak
atrakcyjną propozycję, że się spięłam, poorganizowałam -
dziękuję pomocnym duszkom - i w piątek 2026.05.05 frrr w wielki
świat.
Czas
spędzałam miło, atrakcyjnie i pożytecznie, w niedzielę późnym
popołudniem wróciłam do domu. Bagaż, jakieś nieporęczne zakupy
odebrane z paczkomatu przed wyjazdem i zostawione w samochodzie
trzeba było wpakować do windy, z windy do mieszkania. Wypakowałam,
woda w miskach była, chrupki były, kuwety ogarnęłam, zmęczona po
weekendowych wrażeniach położyłam się odpocząć.
Ok.21szej
wstałam podać wieczorne leki i kolację - na fotelu Boulinka nie
było. Na kanapie też nie. Czasem wchodzi do łazienki czy wc, ale
nie ma. Szafy otwieram, może wlazł - nie ma. Przejrzałam całe
mieszkanie, kąty, zakamarków raczej nie ma, bo przystosowane do
sprzątania. Kotek spory, powinnam go zauważyć nawet w jakimś
kącie - nie ma.