Pamiętacie rudego Zbynia? Kotka dziwnie poruszającego się, zgarniętego po ponad tygodniu „polowania”?
Pewnie trochę tak, ale przypomnę - poruszał się z trudem, częściowo łysy grzbiet, ogólnie beznadzieja.
Dał się w końcu złapać 2026.06.01.
Kto posiada kota, nie musi się obawiać samotności. Daniel Defoe
Pamiętacie rudego Zbynia? Kotka dziwnie poruszającego się, zgarniętego po ponad tygodniu „polowania”?
Pewnie trochę tak, ale przypomnę - poruszał się z trudem, częściowo łysy grzbiet, ogólnie beznadzieja.
Dał się w końcu złapać 2026.06.01.
Bouli - już o nim pisałam. Przypomnę - wielki, powolny, stary kocur złapany na kastrację, miał być wypuszczony - bezzębny, głuchy i ślepawy - żal mi się zrobiło, wzięłam. Marzec 2025.
W maju 2026 objawiła się padaczka - miesiąc podstawowej dawki, sporadyczne ataki, badanie stężenia leku we krwi, zwiększona dawka, kolejne badanie w sobotę 2026.07.18.
Sobota 2026.07.04. Znów tam byłam rano. Odsiedziałam dwie godziny, nic się nie złapało, za to sporo kotów się pokazało. Opisze skrótowo, bo czuję takie zniechęcenie i opad rąk, że właściwie „siadłszy płacz”.
Pamiętacie rozmnażalnię z przyległej posesji i panią, z którą rozmawiałam próbując nawiązać sterylkowe porozumienie? W ramach tegoż wysłałam jej zdjęcie burej kotki, którą po łapance odwiozłam na posesję.
O święta naiwności….
Dowiedziałam się, że koty wypuszcza się dwa tygodnie po zabiegu, nie cztery dni. Że nie wolno ich wypuszczać, trzeba znaleźć dobrych ludzi dla nich. Dzikie? U dobrych ludzi po dwóch tygodniach się otworzą. Kim ja w ogóle jestem, że ośmielam się łapać koty i skazywać je na śmierć? Co mi przeszkadzają kociaki? Program sterylek? Mam własny program? No to pani nagłośni ten program i zajmą się mną odpowiednie służby - ma adres, ma nazwisko, skończy z tymi moimi praktykami.
Ten adres pod hasłem „kociarnia Tuwima” niejako odziedziczyłam po Ewie Mrau. Pisała we wrześniu 2025 - „do złapania ciężarna i 3 podrostki, już złapałam tam 12 dorosłych i 4 maluchy”. Proponowałam pomoc, nie ukrywam, że bez entuzjazmu, bo zdecydowanie mam dość, ale z Ewą ktoś tam łapał i ja nie byłam potrzebna.
Pewnie wiecie, że wycofuję się z kociej działalności. A przynajmniej bardzo się staram - zmęczenie, wypalenie, emerytura, domowe staruszki chorują - więc koszty.
Ale czasem nie umiem odmówić? Przejść obojętnie?
Nie, ani Bouli ani ja nie dostaliśmy zawału. Ale mnie mało brakowało, a on ze swoim stoickim spokojem chyba się nawet nie zdenerwował.
Wyjechałam na weekend, Rzadko mam okazję wyjechać, bo to i koszty, i problem z opieką nad stadkiem w sumie kłopotliwych kotów, bo geriatria, leki i ciągle któremuś coś dolega… Ale tym razem dostałam tak atrakcyjną propozycję, że się spięłam, poorganizowałam - dziękuję pomocnym duszkom - i w piątek 2026.05.05 frrr w wielki świat.
Czas spędzałam miło, atrakcyjnie i pożytecznie, w niedzielę późnym popołudniem wróciłam do domu. Bagaż, jakieś nieporęczne zakupy odebrane z paczkomatu przed wyjazdem i zostawione w samochodzie trzeba było wpakować do windy, z windy do mieszkania. Wypakowałam, woda w miskach była, chrupki były, kuwety ogarnęłam, zmęczona po weekendowych wrażeniach położyłam się odpocząć.
Ok.21szej wstałam podać wieczorne leki i kolację - na fotelu Boulinka nie było. Na kanapie też nie. Czasem wchodzi do łazienki czy wc, ale nie ma. Szafy otwieram, może wlazł - nie ma. Przejrzałam całe mieszkanie, kąty, zakamarków raczej nie ma, bo przystosowane do sprzątania. Kotek spory, powinnam go zauważyć nawet w jakimś kącie - nie ma.
Dwie historie ze środka marca 2026 - dla mnie stare, bo od tego czasu dużo innych się wydarzyło. Nie piszę o nich, bo brak czasu i siły, ale 2026.04.19 zaproponowałam pomoc przy łapaniu kolejnego błąkającego się kota, i jak zwykłe jak kot się złapał - to problem, co z nim zrobić, W mojej klatce łapce, więc… Od zgłaszających padła propozycja pomocy. Kot zdrowo nie wyglądał, skrajnie wychudzony - może pomoc w finansowaniu leczenia? I dowiedziałam się, że leczenie bezdomnych kotów finansuje miasto.
Podobno nie miała zamiaru mnie wykorzystywać, myślała że kogoś z okolicy znam itp. Jakoś słabo wierzę, a Wy? Na usprawiedliwienie Natalii mam to, że wiem, ile ona ma obowiązków…
No bo koleżanka z pracy na spacerze usłyszała psy, weszła na jakieś podwórko, zobaczyła psa zamkniętego w szopie, z domu usłyszała szczekanie całego stada… Znaczy psia tragedia.
Prawie jak prezydent - albo stara i nadal głupia.
Oboje ciągle się uczymy - czy on wyciąga wnioski nie wiem, ja chyba w końcu po kolejnych kopach od opiekunów kotów, którym chce pomóc - kotom, nie opiekunom - będę odmawiać. Klatkę pożyczyć - proszę bardzo. Ale zawieźć ją, potem dopraszać się zwrotu, po który też muszę jechać - raczej już nie. Ograniczę się do grupki znanym mi osób, od których kopa się nie spodziewam.
Co mnie tak „zmobilizowało”? Ano FIP.
Dziś odprowadziliśmy Ewę Mrau do lepszego świata…
Bardzo dziękujemy wszystkim, którzy uczestniczyli w tej smutnej uroczystości - dużo nas było, Ewa zapisała się w pamięci bardzo wielu osób… Dzięki swojemu podejściu do świata, ludzi i zwierząt, dzięki życzliwości, pomocy…. Opisała Ją bardzo pięknie Pani Monika - Mistrzyni Ceremonii, dzięki której ta uroczystość była ludzkim, ciepłym pożegnaniem Ewy.
*
Dla niecierpliwych - Ewa w szpitalu, po wyjściu będzie w stanie opiekować się swoimi kotami, szukamy dla nich miejsca - każde cenne. Zabrałyśmy na razie 10 kotów, są w fundacjach - Przytul Kota (3), Kotylion (2), Przytulisko Głowno (3). Nie umiem ładnie podziękować - ale wdzięczna jestem bardzo.
Ile kotów jest jeszcze - nie wiemy. W pustym mieszkaniu czekają właśnie trzy klatki - i wieczorem musimy gdzieś złapane koty ulokować…. DZIŚ WIECZOREM - nie mamy gdzie ich przetrzymać.
Miałam kontakt z blisko tysiącem karmicieli z Łodzi i bliskich okolic. Część z nich dzwoni po klatkę łapkę, klatkę pobytową, jakąś pomoc typu „know how” - to niestety mniejszość. Reszta…. Trochę opisów jest w moich tekścikach, przemnóżcie to kilka razy…
Dziś będzie o Tramwajarzu.
Jak zapewne wiecie, od 2025.11.06 mam w domu dzikuska Studenta po operacji strzaskanej żuchwy. Już po operacji - 2025.11.13 - nadal karmię strzykawką, ale próbuje sam pić wodę i wylizywać pasztecik. Dostaje do dzioba 3 gourmety, czwarty sobie liże. Głodny mam nadzieję nie jest.
Ale raczej nie wiecie, że od końca października mam w nibybiurze dwa maleńkie kociaki. Tam też są czekające na dobry dom Bengee i białorudy Irysek. Razem, bo to jedyny kot, którego Bengee nie atakuje. Kociaki początkowo były w klatce - ochrona przed Bengee’m, ale jakoś je polubił i nie zjadł.
Poniedziałek, 2025.11.03 godz.16 - telefon - dzwoni studentka (kilkakrotnie podkreślała, więc chyba ważne?) z informacją, że wczoraj o 23ciej widziała kota z przetrąconą szczęką, dostała mój telefon więc dzwoni i kategorycznie żąda interwencji. Następnie opisuje mnie w necie jako osobę opryskliwą, wyłapywaczkę od siedmiu boleści, cytuje mało grzeczne słowa, których NIE wypowiedziałam itp. Nie chce mi się tu drążyć, ale to po raz kolejny skłania mnie do zakończenia pomocy kotom. Ja wiecie, nie trudnię się zawodowo wyłapywaniem kotów, staram się im pomagać jako osoba prywatna. Właściwie ciągle gdzieś łapię, jedna „akcja” nakłada się na drugą, po każdej zostaje jakiś kot nie nadający się do powrotu w swój teren, po każdej zostają jakieś długi…
Oraz zniechęcenie i niesmak. Coraz większe.
Takiego „świętego spokoju” wrogowi nie życzę. Nie pisałam szerzej od końca sierpnia, co absolutnie nie znaczy, że nic nie robiłam. Tylko ile razy można opisywać łapanki? Siedzenie godzinami przy klatce, wysłuchiwanie „pani, nie złapią się” od karmicielki? Słuchać już tego nie można, więc po co pisać?
Czyli nieszczęścia chodzą parami, albo chińskie przekleństwo „obyś w ciekawych czasach żył”.
W ciekawych czasach żyję, owszem, bez zachwytu, ale jakoś te czasu dość daleko się rozgrywają na szczęście. Bo ja już bardziej cenię miękkie kapcie, spokojne sprzątanie kuwetek i mycie podłóg.
Ale czasem albo coś mnie podkusi, albo ktoś poprosi. No i….
Zdjęć nie będzie. Będzie za to moje wielkie zdziwienie odnośnie telefonu 112 i służb.
No więc - wczoraj, czyli środa 2025.08.27 jadę do koleżanki, zabrać ją z kotami do weta, umówiona na konkretną godzinę. Jadę zachodnią z północy na południe, na mapce z góry na dół - trasa zaznaczona zieloną linią.
Właściwie nic szczególnego, ot, akcja jakich wiele, za to spokojna, udana, bez nerwów, bo z normalnymi, pomagającymi ludźmi. Ale jakoś mam ochotę i pewnie czas napisać - zleconko zawodowe skończone. A że po raz kolejny obiecuję sobie opisywać te łapanki, no to do dzieła.