Nie, ani Bouli ani ja nie dostaliśmy zawału. Ale mnie mało brakowało, a on ze swoim stoickim spokojem chyba się nawet nie zdenerwował.
Wyjechałam na weekend, Rzadko mam okazję wyjechać, bo to i koszty, i problem z opieką nad stadkiem w sumie kłopotliwych kotów, bo geriatria, leki i ciągle któremuś coś dolega… Ale tym razem dostałam tak atrakcyjną propozycję, że się spięłam, poorganizowałam - dziękuję pomocnym duszkom - i w piątek 2026.05.05 frrr w wielki świat.
Czas spędzałam miło, atrakcyjnie i pożytecznie, w niedzielę późnym popołudniem wróciłam do domu. Bagaż, jakieś nieporęczne zakupy odebrane z paczkomatu przed wyjazdem i zostawione w samochodzie trzeba było wpakować do windy, z windy do mieszkania. Wypakowałam, woda w miskach była, chrupki były, kuwety ogarnęłam, zmęczona po weekendowych wrażeniach położyłam się odpocząć.
Ok.21szej wstałam podać wieczorne leki i kolację - na fotelu Boulinka nie było. Na kanapie też nie. Czasem wchodzi do łazienki czy wc, ale nie ma. Szafy otwieram, może wlazł - nie ma. Przejrzałam całe mieszkanie, kąty, zakamarków raczej nie ma, bo przystosowane do sprzątania. Kotek spory, powinnam go zauważyć nawet w jakimś kącie - nie ma.
W bloku trzy klatki są połączone górą - bieg góra-dół, dół-góra po każdej.
Nie ma.
Jeszcze raz - nie ma. Nie wiedziałam, że z moją kondycją takie biegi wytrzymam.
Do piwnicy nie wszedł, zamknięte, mało kto tam zagląda, ale też przeleciałam - nie odezwał się.
Piwniczne okienka - pozamykane, ale może na zewnątrz którymś parapeciku siedzi - nie.
Parking pod blokiem - dwa razy przepełzam na czworakach oba rzędy samochodów…
Siadłszy płacz…
Musiał się wymknąć i od razu pójść schodami w górę lub w dół, jak szarpałam się z pakami i pewnie nie domknęłam drzwi… Jeśli w górę i na klatkach schodowych do nie ma, to znaczy, że ktoś zgarnął i raczej odda, charakterek ma specyficzny. Jeśli w dół i ktoś wypuścił, to mogiła….
Wróciłam do domu, napisałam odręcznie kilka ogłoszeń, rozwiesiłam. Wiele więcej nie mogłam zrobić.
Spać nie mogłam - kot z padaczką, przeziębiony, poruszający się powoli - co prawda zanim trafił do mnie jakoś sobie radził na ulicy, ale to średnia pociecha…
6 rano - telefon, ogłoszenie poskutkowało. Miła Pani powiedziała, że zawiozła kota do Lancetu. Bo był pod klatką, chciał wejść, wpuściła, obdzwoniła mieszkania - mój domofon działa jak chce, akurat nie chciał. No to Lancet. Miała szczęście, że Buoli pozwolił się wpakować do kontenerka. Bo w Lancecie napisali, że „kot niechętny do współpracy” - bardzo oględnie i dyplomatycznie. Musieli go przyśpić do badania.
Poleciałam od razu, okazałam zdjęcie i dostałam kota. Z obszernym wypisem oraz fakturą na 312zł. Tą fakturą Lancet mnie zaskoczył bardzo, bo to za badanie i całonocny pobyt - Pani zgarnęła go ok.19tej, czyli praktycznie kilka minut po moim powrocie. Miał - mieliśmy - wielkie szczęście. I wielkie podziękowania tal tej Pani.
Przy okazji smrodek dydaktyczny - widzicie zwierzaka, zabezpieczcie go. Nie macie łazienki, żeby go zamknąć / odizolować, nie chce się Wam czekać na Animal Patrol - do lecznicy. Wtedy zwierzakowi nic się nie stanie, nie potrąci go samochód, nie zagryzie pies. A właściciel łatwo go znajdzie. Bo informacja, że wczoraj był widziany tu czy tam - owszem, przydatna, przy dużym szczęściu dzięki takim informacjom zwierzaka można odnaleźć. Przy dużym szczęściu - bo raczej nie będzie siedział na miejscu i czekał na właściciela… Róbcie zdjęcia ogłoszeń papierowych i wstawiajcie na FB - bo potem piszecie „gdzieś wisiało ogłoszenie”, a to żadna informacja….
Zaskoczenie fakturą już wyjaśniam - wiele lat temu za uśpienie w nocy 6-tygodniowego kociaka umierającego na panleukopenię Lancet policzył sobie 240zł. Nie zatrzymano ciałka do utylizacji - oddano je opiekunce bez informacji, że nie wolno grzebać zwierząt w ziemi, a szczególnie w przypadku tej choroby. Pisałam o tym na FB, była niezła burza. Potem za kilka godzin pobytu w lecznicy umierającej kotki - ponad 700zł. To nie była moja kotka, pomagałam tylko w transporcie. Więc spodziewałam się kwoty raczej czterocyfrowej.
A Bouli - pobuczał, bo to kot buczący, obszedł miski, i poszedł odpoczywać przemiennie - na fotel, jeśli potrzebuje samotności, lub na kanapę - w towarzystwie Babuli i Gandalfa. Gandalfowi niedawno robiłem ząbki, z Babulą zaraz jadę do lecznicy - spuchło uszko… I z Iskierką - zapalenie trzustki, leczymy od kilku dni, rokowania słabiutkie...
Dostanę od Was po głowie? No pewno, moja wina. Tyle że nigdy nie twierdziłam, że jestem nieomylna i doskonała…
No i niech ten bez winy pierwszy rzuci kamieniem…
I jak zawsze bardzo poproszę - 71 1020 2313 0000 3802 0442 4040, Fundacja For Animals Oddział Łódź, 40-384 Katowice, 11go Listopada 4, dopisek do wpłat - łódzkie koty.
Nie dla Boulinka, a dla kolejnych leczonych / ratowanych - geriatria w postaci Majzela, Krecika, Babuli, Iskierki, dla kotów z ulicy, których nie udało się uratować - pisałam w tekście o nadziei - Retkinka i Kostek, a zapłacić trzeba, kotów z ulicy, które raczej uda się uratować - ten z połowy kwietnia, o którym ciągle nie mam kiedy napisać, i reszta już uratowanych przez lata, które nie nadają się ani do adopcji, ani do wypuszczenia, bo dzikie i niepełnosprawne - więc po prostu są…. Dzikus Student z potrzaskaną żuchwą, trzyłapka Tatra od 2016, kudłata Kulka od 2017, jednooki Pabin od 2021, Łapka, którą kopniakami uczono latać od 2018, od 2023 Bogusz ze spiralnym złapaniem łapki - wyrzucono go z bezpiecznej piwnicy, trzy dzikuski, którym usunięto złośliwe nowotwory - ale na jak długo? Odnowią się, tak jak Niuni - trafiła do mnie w styczniu 2022, odeszła pod dwóch kolejnych operacjach w końcu 2025. Prawie cztery lata - chyba było warto? O niektórych pisałam, o innych nie - ale są, czasem chorują… Zajrzyjcie na bloga…
Przykładowo faktury z lecznic za marzec i kwiecień, te większe… Są jeszcze na mniejsze kwoty… No i koty chcą jeść…
I to chyba tyle…
Dziękuję za pomoc, dzięki niej mogę coś robić - bo własne środki nie wystarczyłyby…





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz