poniedziałek, 6 lipca 2026

Na spokojnie - dlaczego mam dość

 


Ten adres pod hasłem „kociarnia Tuwima” niejako odziedziczyłam po Ewie Mrau. Pisała we wrześniu 2025 - „do złapania ciężarna i 3 podrostki, już złapałam tam 12 dorosłych i 4 maluchy”. Proponowałam pomoc, nie ukrywam, że bez entuzjazmu, bo zdecydowanie mam dość, ale z Ewą ktoś tam łapał i ja nie byłam potrzebna.

W na początku marca odezwała się do mnie Iwona - to ona pomagała Ewie. Że grube czarnobiałe, może być w ciąży. Zgrzytnęłam zębami, pojechałam.


2026.03.16 złapała się burobiałoruda szylkretka,


Za to zobaczyłam całe stado burasów, jakieś czarne. Wszystkie zdecydowanie dorosłe. Niektóre z ciętymi uszkami.


Miasto sterylkowo jeszcze spało, w końcu środek marca, jeszcze nie wszystkie kociaki się urodziły, po co się spieszyć. Na szczęście FNiZ zgodziła się sfinansować pakiet sterylek w lecznicy Bonifacy. Dzięki wielkie!!!

2026.03.17 do klatki weszło jeszcze czarne z krawatką, grube białoczarne, które okazało się być kocurem i bure pingwinowate - wg karmicieli ostatnia kotka w ciąży.



Karmiciele generalnie nie wiedzą, które kot a które kotka, co jakoś tam rozumiem, ale nie wiedzą też ile jest kotów, co zrozumieć mi trudniej. Próbowałam konfrontować ich szacunki z moimi obserwacjami - nic się nie zgadzało. Grunt, że po złapaniu opisanych kotów stwierdzili, że to już wszystko, bura w ciąży bardzo ich ucieszyła. Iwona, z którą kontaktowałam się telefonicznie i jeszcze dwie osoby jakoś związanie z karmicielami i mocno zdalnie zainteresowane też potwierdziły, że to już koniec.

Podobno pojawia się rudy, ale „nietutejszy” Uwielbiam takie stwierdzenia.

Posiedziałam tam jeszcze dwa czy trzy dni, nic nowego się nie pojawiało, nic się nie złapało, generalnie koty znikły. Znaczy koniec.

A 2026.03.23 dostałam wiadomość, że na przyległej posesji okociła się kotka.

Wiedziałam wcześniej, że jest posesja z dużą ilością kotów. Byłam nawet kilka razy, ale brama i furtka zamknięte, dzwonka nie ma, przez płot nie przelezę.

Ale przecież koty przechodzą z posesji na posesję! Przychodzą jeść! Rozmnażają się, przyprowadzają małe! No tak, ale to właśnie to moje ulubione „nietutejsze”.

Jak łapię koty gdzieś na drugim końcu miasta i karmiciel mówi, „to nie moje koty” albo „to nietutejsze” - mam ochotę zabrać klatki, odwrócić się na pięcie i zniknąć - bo te koty jeszcze bardziej nie moje, przecież nawet ich nie karmię. A ja „nietutejsza”.

Dopisałam ten nr Tuwima do listy miejsc, gdzie więcej się nie pojawię - kotów szkoda, ale żeby coś sensownie podziałać musiałabym tam zamieszkać, bo na informacje karmicieli nie ma co liczyć.

Takich adresów mam coraz więcej - coraz więcej osób, u których kiedyś łapałam i prosiłam o kontakt w przypadku nowych kotów, albo w okresie funkcjonowania sterylek miejskich dzwoni dopiero teraz - znaczy w czerwcu / lipcu - radośnie informując, że są kociaki i wartoby coś zrobić.

Wyłapuję te koty od 2004, mam dość. Od długiego czasu obiecuję sobie, że na hasło „kociaki” blokuję telefon. I pora to zrobić. Teraz.


No i właśnie kilka dni temu zadzwoniła Iwona - są kociaki. Pięć, śliczne, malutkie. Dla mnie nie są śliczne, dla mnie są problemem, z którym nie mam co zrobić. Odmówiłam jakiegokolwiek działania. Chcesz klatki łapki - bardzo proszę. Ja odpadam.

Wymusiła. Pojechałam świtem 2026.07.01. Kociaki były, jedzenia na szczęście nie, ale kociaki niegłodne, bo jeszcze głównie na cycu. Siedziały w krzakach, zwiały do komórki. Postawiłam klatki, jeden wlazł na klapkę, zamknęła, się zwiały. Do drugiej klatki złapała się młodziutka złota burasia - nie było takiej w marcu. Mignęła mi trikolorka - jasna. Chyba wycięta w marcu. Pod drzewami w głębi podwórza siedział młodziutki czarny - też nówka - ale miałam tylko dwie klatki, jedną z burasią, drugą czekająca na tri… Z marcowych pokazał się białoczarny kocur podejrzewany o ciążę.


Wieczorem też zadzwoniła - bo kociaki są na podwórku, jedźmy łapać. Tłumaczę, że rano też były i zwiały, że to nie ma sensu, bo o tej porze dorosłych też nie złapiemy. Uparła się. Odsiedziałyśmy godzinę? Dwie? Kotów zero.

Rankiem 2026.07.02 kurs na Retkinię po złapaną późnym wieczorem kotkę - łapaczki pracują, a kotkę trzeba do lecznicy zawieźć.

Karmiciele mieli zrobić kotom kilkudniowy post, potem miałam łapać. Przed południem znów Iwona - karmiciel wywalił śmieci z komórki, złapał kociaki, jadą do dt. Kazałam wracać, nastawić klatkę z kociakami, łapać matkę. Podobno się nie pokazała.

Dziś - 2026.07.03 - między 7mą a 9tą zdołałam złapać burego pingwina, dwa czarne - jeden uciekł przy przekładaniu, bo chciałam zwolnić klatkę, i szylkretkę. Po drodze załatwiłam swoją sprawę w UMŁ Łódź Górna. O 9tej koty przyjęła nieoceniona lecznica Manhattan. Muszę pisać, że wszystkie koty młodziutkie i nieznane mi z marcowych wizyt? To te „nietutejsze”, „nie moje”.

Te złapane - już w lecznicy. Dwa kocury i kotka-szylkretka.


A na posesji widziałam to czarne, które zwiało, kolejne bure pingwinowate, i chyba mi mignął czarny pingwin. Jasnej trikolorki nie widziałam, karmiciel twierdzi, że jej nie ma, ale niby dlaczego ma jej nie być? Czyli co najmniej trzy do złapania. Jadę tam jutro (sobota) świtem, nadal mają być niekarmione, klatek mam pięć, może coś złapię.


Czemu twierdzenie, że kota nie ma budzi moje podejrzenia? Bo bardzo często karmiciele są strasssssznie zmęczeni łapankami - muszą zrobić przerwę w karmieniu, czasem co kilka godzin zaglądać do klatek, czy coś się nie złapało, i zawiadomić. Tak było np. na Ziołowej - w czerwcu 2024 zostały dwa koty do złapania, ale zmęczenie karmicieli wzięło górę. Teraz regularnie błagają na FB o pomoc dla kociaków… Podobno sterylizują, a kociaki od sąsiadów - czyli te nietutejsze, nie-moje. A ja albo sobie siedzę kilka godzin w samochodzie, albo co kilka godzin podjadę z Bałut na Górną, Widzew czy Retkinię, no to się nie męczę.

Poza tym ciągle pokutuje przekonanie, że nie łapiemy za darmo, że ktoś nam płaci - ale ciągle nie wiemy kto… Często proponuję tak twierdzącej osobie, która ostatnie grosze wydaje na koty że dam klatkę, jak złapie zabiorę do lecznicy, odwiozę po sterylce - a ona niech tyko ustali kto płaci za łapanie i pójdzie kaskę odebrać - chętnych brak.

Kropka nad I? Okazało się, że Iwona ma telefon do tej zakoconej sąsiedniej posesji, ale nie udało się nawiązać kontaktu. Spróbowałam, odbyłyśmy z panią dość długą rozmowę - pani zażyczyła sobie zobaczyć moje stado kotów w mieszkaniu, bo nie wierzy, że sobie z taką ilością radzę. Trochę ma rację - dlatego z całych sił się ograniczam i wycofuję. Zaprosiłam, podałam adres. Może dzięki temu pani nabierze zaufania i przyjmie pomoc w sterylkach?

W każdym razie proszę Was o kciuki - za jutrzejszą łapankę - bo dalej przekazuję klatki łapki i pałeczkę Iwonie, i za porozumienie z tą panią - to clou tematu…

Postaram się przekazać tej pani jakąś karmę - o ile się ze mną skontaktuje - bo zdaje się lekko nie jest…

A moje plany na przyszłość?

Mogę pożyczać klatki, awaryjnie wozić złapane koty do i z lecznicy, nie wszyscy mają samochód, mogę udzielać dobrych rad dotyczących łapania, może - z dużym naciskiem na może - czasami z nudów coś złapię - ale kategorycznie nie wchodzę w tematy beznadziejne, czyli takie, gdzie zdecydowanie nie widać końca rozmnażania, gdzie karmiciele wierzą w „służby”, które są zobowiązane do łapania / zabierania kotów.

Czyli jak zwykle poproszę - 71 1020 2313 0000 3802 0442 4040, Fundacja For Animals Oddział Łódź, 40-384 Katowice, 11go Listopada 4, dopisek do wpłat - łódzkie koty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz