Pisałam, że się wycofuję. I fakt, już nie robię „masówki”, nie biorę kociąt, nie lecę do
każdego kociego nieszczęścia pokazanego na FB. Ale czasem mnie rusza.
Zobaczyłam tytułowy post - niedaleko. Napisałam do autorki - cisza do tej pory -
post z 2026.08.02, dziś 2026.08.08. Czy mnie to dziwi? Chyba nie. Tylko po co to „Proszę
o kontakt w wiadomości prywatnej”?
W poniedziałek 2026.08.03 odbierałam dwie kotki i kocura z tekstu „Trzeba chcieć”,
pogadałam z karmicielkami - sterylizowałam tam w 2011 koty karmione przez P.Irenę
- tradycja karmienia przechodzi z pokolenia na pokolenie. Pani Ireny nie ma od roku…
Poszłam do parafii bo koty tam przechodzą - pogadałam, zostawiłam telefon, jak
zawsze. Czy coś z tego wyniknie? Raczej niewiele… Chyba że pojawią się kociaki, ale
wtedy mogę jedynie klatkę łapkę i klatkę pobytową pożyczyć.
Pojechałam obejrzeć to miejsce z posta. I powiem Wam, tam nie ma jak łapać.
Koty za siatką, nawierzchnia podwórka jest wyżej niż chodnik biegnący obok, przy
murku chaszcze - karczować? Na chodniku nie postawię, tam ciągły ruch. Od strony
podwórka nie ma dostępu - stos rozbiórkowych desek. Kociaki i miski są widoczne,
więc prawie każdy coś do jedzenia rzuci - byłam tam może pół godziny, ale
rozmawiałam z kilkoma takimi przypadkowymi karmicielami. Jak je przegłodzić, by
właziły do klatki? Podobno koty w nocy chodzą na przyległym parkingu hotelowych -
poszłam, pogadałam, wpuszczą mnie, mogę tam łapać w nocy.
Jak mogę, to mogę - więc od późnego poniedziałkowego wieczora - 2026.08.03
do północy czekałam na parkingu. Skutek - mignęła mi bura pingwinka, koleżanka
przywiozła oswojonego kocurka, który komuś wpakował się do mieszkania i może
zostać, ale po kastracji i testach, a teraz do rana absolutnie nie. Zaczęła się burza,
uciekłam, zmokłam porządnie, a wcześniej zajrzałam do kociego miejsca - micha
żarcia. Ktoś nakarmił w czasie mojego tam pobytu, z parkingu kociego miejsca nie
widać, odgradza ściana.
Nie tędy droga….
Pojechałam rano, może będą głodne, może ruch będzie mniejszy…
Wymyśliłam, że oprę klatki na murku i przywiąże je do siatki - ryzykowne, klatka musi
być bardzo stabilna, każde drgnięcie ją zamyka, a tam tego murku co kot napłakał,
nawet nie do połowy klatki… Po cieniu widać, ile.
Po godzinie złapał się pierwszy kociak, i zaczął się ruch… Wstrzymywałam dobrych
ludzi z karmą, odganiałam od klatek ciekawskich - ze skutkiem średnim.
Zabrałam klatki, odwiozłam kociaka do obiecanego dt. Bo taki miałam obiecany,
inaczej w ogóle nie łapałabym. Zwyczajnie nie mam co zrobić z kolejnymi kotami,
łapanie pochłania bardzo dużo czasu i emocji, zdecydowanie za dużo jak na moje
możliwości, więc robię to już wyjątkowo, nie tak ja przez ostatnie 20 lat.
A po paru godzinach okazało się, że dt nieaktualny, że mam połapać tylko dorosłe
koty na sterylki. Nie wiem, jak namówić dorosłe koty do wchodzenia do klatki, a
maluchom to wyperswadować, jeśli ktoś wie - proszę o instrukcję. Więc trochę
postawiłam sprawę na ostrzu noża - łapię jak leci albo wcale, a miejsce takie, że
wątpię, czy znajdzie się inny szaleniec. No dobra, mam łapać, będzie ten dt..
Pojechałam po południu - w ciągu dnia na zmianę z panią z sąsiedztwa
zaglądałyśmy kilkakrotnie sprawdzając, czy nie ma karmy. Poskutkowało -
zdecydowanie wzmogło się kocie zainteresowanie klatkami. Mniej więcej po godzinie
złapały się prawie jednocześnie dwa, potem mamusia z ostatnim wchodziły do klatek,
liczyłam na kolejny dublecik, niestety mamusia wycofywała się w porę.
Do 20tej miałam tylko trzy pozostałe kociaki…
Jeszcze burasia matka, niewiele większa od swoich maluszków, i burobiała - nie
ta, co mi mignęła w nocy, ale podejrzanie okrągła. I czarne. Kotka karmiona przy
płotku parkingu - tak powiedziała pewna pani, więc postawiłam tam klatkę i wtedy
uaktywnił się hmmm - pan.
Dowiedziałam się, że nie mam prawa tych kotów łapać bo ich nie karmię, że
jestem hycel i sporo jeszcze, pan był ciekawy, ile dostaję za kociaka. Dużo nieznanych
mi słów i insynuacji poleciała w moją stronę, pani schowała się prawie pod
samochód. Usiłowałam coś tłumaczyć, ale przedrzeć się przez głośny słowotok nie
mogłam, jakiś sąsiad próbował pana uspokoić, ale bez skutku. Kotka wystraszona
hałasem zwiała. W końcu głośny pan udał się do domu, a ja licząc na to, że udało się
chwilowo wstrzymać karmienie - zostałam.
Burasia poszła spać miedzy deski. Czarne wylegiwało się na murze. Towarzysko
przyszła koleżanka, kombinowałyśmy - burasia kręciła się przy samochodzie, może na
kociaki da się zwabić… A po 21szej przyszedł inny pan karmić, chciałam go
powstrzymać - słyszę - ja panią znam. No ja też pana znam - Pan Marek, kociarz.
Da pani kontenerek, złapię tę matkę. I złapał.
Uznałam, że pora zakończyć ten uroczy wieczór. Rano kotka do lecznicy, trójkę
maluszków miałam odwieźć do tymczasu, potem wracać do obowiązków - ale
okazało się, że jednak nie ma tego tymczasu dla kociaków, a maluszek został
wykastrowany… Takie dziecko, gdzie ten wet jajka mu znalazł… No nie wypuszczę,
przywieziono go do mnie. Szkoda, że tego pana z podwórka nie słuchałam
dokładniej, pewne słowa teraz bardzo by mi się przydały…
Kolejny dzień - środa 2026.08.05 - burasia do lecznicy, jak już pisałam, ja do pracy,
zlecenie ciężkie, pracochłonne i spore. Wieczorem znów łapię - ta burobiała i coś
czarne na pewno łazi. Koty przyszły, nawet chwilę posiedziały przy klatce - chyba z
grzeczności. I poszły. Najedzone.
Jak już przyjechałam, to poczekam. Doczekałam się Pana Marka - złapał kolejną
kotkę - tę, którą widziałam raz - pierwszej nocy. Nie tak łagodna jak burasia, krew
kapała na jezdnię, potem prawie rolkę papieru toaletowego Pan Marek na rękę
nawinął. Ale nie puścił. Kotka w kontenerze, rano do lecznicy. Ciężarna oczywiście.
Chyba wtedy burza mnie złapała? Tak skutecznie, że w domu wykręcałam kieckę.
Pani Markowi dowiozłam dalacin (antybiotyk) i probiotyk, takie rany po kocich
zębach to naprawdę nie żarty.
Czwartek 2026.08.06 - od rana przeszłam się po mieszkańcach kamieniczki,
oczywiście nikt nie karmi, to na pewno sąsiedzi. Zadzwoniłam do administratorki,
spotkałam się z dużym zrozumieniem. Wywiesiłam kilka ogłoszeń z prośbą o nie-
karmienie. Administratorka napisała, że przeprowadziła zasadniczą rozmowę z
mieszkańcami. Moją trzy dni nie karmić.
Wieczorem ogłoszeń już nie było, za to posiłek owszem. Byle jaki, ale był. Za to kota
nie widziałam żadnego - nażarte poszły spać. Tak skutkują prośby i ogłoszenia -
małpia złośliwość. Był telefon, można było zadzwonić, spytać. Ale po co? Kogo
obchodzą koty, lepiej na złość zrobić.
Chyba znów mnie burza złapała?
W piątek też posiedziałam pół nocy licząc na to, że może jednak chociaż część
ludzi nie karmi… No owszem, koty były, oba. I tyle. Dobrze, że chociaż wakacje to
dużo się dzieje i jest czego posłuchać w różnych podkastach.
Sobota - było tylko czarne, raczyło się złapać. Siedzi u mnie w keneli, jutro zawiozę
do lecznicy. Coś jeszcze mi mignęło łaciatego, ale na tyle daleko i ciemno, że nie
wiem, czy to znana mi już burobiała, czy coś kolejnego.
Dziś też trochę w nocy posiedzę. Może na weekend wyjechali, może przy grillu
posiedzą. Ciężarna burobiała i czarny chyba kocur. Na pogryzionego Pana Marka nie
mam co liczyć, taką ręką nic nie złapie. Nadzieja umiera ostatnia?
Chyba po tej akcji moja nadzieja umrze ostatecznie - tyle mówię o wycofaniu się,
a jednak ciągle jakieś bidy łapią za serce. Ale chyba już naprawdę powinnam od
tego odejść - ile czasu można poświęcić, ile razy wylądować z kotami, które miały
mieć dt, ile złośliwość wytrzymać, ilu obelg wysłuchać…
Oto kocia rodzinka - dwa buraski, dwa bure z białym i bura mamusia.
Proszę wszystkich entuzjastów z tego wątku o realną pomoc - burasia też nie
wróciła na ulicę, jest z kociakami, bardzo wychudzona i łagodna. Taką pomoc z
szukaniem domów tymczasowych i stałych, pomoc finansową…
I tradycyjnie bardzo poproszę - na leczenie kociego kataru, odrobaczenie i
odpchlenie rodzinki, szczepienie, utrzymanie - 71 1020 2313 0000 3802 0442 4040,
Fundacja For Animals Oddział Łódź, 40-384 Katowice, 11go Listopada 4, dopisek do wpłat - łódzkie koty z Zachodniej.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz