środa, 10 maja 2017

Lili Murela - trochę gorzko

napisała Ania
Sobota 2017.04.30, godz.20.35, telefon:
-   Czy pani nie zginął kot?
-   Hmm - szybko liczę stadko - nie.
-   Bo mam kota z pani chipem, trikolorka Murela, 12 lat.
-   Nic mi to nie mówi… Może to kot przez mnie wyadoptowany? Skoro z moim chipem - nie zostawię. Gdzie podjechać?

-   Adres (….), może pani być szybko? Bo ona tu szaleje….
Niedaleko, mogę być szybko. Kotka w kartonowym pudle, faktycznie - szaleje. Zamykamy się w windzie, z trudem przekładamy do kontenera.
Pan Z. znalazł kotkę na torach tramwajowych na Łagiewnickiej przy Szewskiej, zwrócił uwagę, bo zachowywała się niepewnie, nie jak kot, który wie, dokąd idzie. Dała się wziąć na ręce, zanieść do weterynarza, gdzie odczytano chipa, no i dostała szału, bo się pewnie coś nie spodobało. A w domu Pana Z. kot, dwa psy i brak możliwości izolacji.


Zabrałam, w samochodzie uspokoiła się, mogłam w końcu przyjrzeć się jej. Śliczna, znajoma buzia - ale skąd? Imię z bazy chipów - Murela - też nic mi nie mówiło. Pogłaskałam przez kratkę kontenera. pogadała do mnie, pomruczała. Cóż, w domu zajrzę w  notatki, na pewno coś znajdę.
Pan Z. zrobił jej zdjęcie - to tytułowe, dał ogłoszenie na stronie schroniska.
W domu rozpętuje się szaleństwo - ona nie znosi, albo panicznie boi się innych kotów. Wstawiam kontenerek do łazienki do wanny - łazienka malutka, na podłodze nie ma już miejsca - gdzieś musi stanąć kuwetka i miski. I przez kilka dni mam w domu diabła wyskakującego z pudełka - z krzykiem, warczenie, pazurami i zębami.
Wiem już, co to za kotka - zgarnięta przez p.Łucję we wrześniu 2015 z  Murarskiej, gdzie przez kilka dni leżała sobie na jezdni. Samochody trąbiły, hamowały, omijały - a ona leżała. Bo tak i już.
P.Łucja nie wytrzymała. Zabrała - ktoś w końcu mógł nie zatrąbić, nie zahamować, nie ominąć. Kotka tradycyjnie „przeleciała” przez lekarza - odpchlenie, odrobaczenie, książeczka zdrowia, chip - i w międzyczasie szukanie właściciela. Bo właściciel kotki nie szukał, pewnie czekał, że sama wróci. P.Łucja tego właściciela odszukała, ja kotkę odniosłam - z informacją, gdzie znaleziona, dlaczego zabrana. I  z obietnicą, że jeśli ponownie trafi do nas - nie oddamy.
Trafiła - i dylemat. Ma 12-13 lat, źle znosi dt i inne koty, szkoda jej….
Telefonu do właścicieli nie mam, adresu nie pamiętam, na oko może bym i trafiła, ale… no jakoś tak… bo może wyrzucili, bo kogoś podrapała?
Ogłoszenie na stronie schroniska jest - jeśli szukają - znajdą. Tak na wszelki wypadek popatrzyłam po osiedlu, czy jakieś papierowe nie wiszą - nie wisiały.
3 maja na FB pokazało się ogłoszenie o zaginięciu kotki. Właściciel od 30 kwietnia kotki nie szukał - nie zajrzał na nawet stronę schroniska.
I dalej nie zaglądał - 4go maja wieczorem ktoś pod to ogłoszenie na FB podkleił informację ze schroniska. Pan Z., do którego kontakt był podany, przesłał mi telefon właściciela - z uwagi na późną porę zadzwoniłam rano.


Usłyszałam damski krzyk, kategoryczny rozkaz natychmiastowego odniesienia kotki z informacją, że nie mój kot i ma mnie nie obchodzić gdzie chodzi i co się z nim dzieje. Trudno mi idą rozmowy w tej konwencji, zasugerowałam ponowny kontakt po wyciszeniu emocji, rozłączyłam się. Pani zadzwoniła po chwili, z tym wyciszeniem słabo jej wychodziło, nie dogadałyśmy się - szczególnie, że jednocześnie na FB pokazały się mocno niepochlebne komentarze pod moim adresem - autorstwa męża tej pani.
Cóż, jędza jestem i w takich warunkach rozmawiać nie chcę.
Około południa kolejny telefon - z innego numeru, tym razem normalny, od właścicielki kota. Poprzednie - to brat j jego żona. Z właścicielką porozumiałyśmy się.
Tylko że po chwili zadzwoniła dziennikarka - z prośbą o wyjaśnienie, bo dotarła do niej informacja, że kota zabrałam i nie chcę oddać . Obiecałam maila z opisem sytuacji.
Zaczęłam mieć dość. Wysłałam właścicielce informację, że tak się bawić nie będę. Albo się porozumiałyśmy i zamykamy sprawę w zgodzie, albo wycofuję się z ustaleń sprzed godziny i niech robi, co chce. Poprosiła, bym nie rozmawiała z dziennikarką, że to nie jej inicjatywa. Znów za telefon - do dziennikarki, mówię, że właścicielka prosiła, by sprawy nie nagłaśniać, i słyszę - że właścicielka właśnie koresponduje z  dziennikarką. Uj, zrobiłam się naprawdę zła. Na wszelki wypadek spytałam o  nazwisko - i kto? Ano, nie właścicielka, tylko moja poranna emocjonalna rozmówczyni….
Znów do właścicielki - z prośbą, by opanowała rodzinę, bo poszło to zdecydowanie za daleko. Kota nie ukradłam, nawet nie ja go znalazłam, opiekunowie oprócz ogłoszenia wpisanego na FB dopiero w trzy dni po zaginięciu kota nie zadali sobie więcej trudu, by go odnaleźć, nie zajrzeli nawet na stronę schroniska, i rozpętują nagonkę na mnie? Co chcą uzyskać? Zwrot kota czy długą wojnę? Bo ja człowiek spokojny i ugodowy, ale odciski mam czułe.


Wszystko z FB znikło. Potem pojawiło się coś w rodzaju przeprosin - bardzo enigmatycznych, ale wykazałam dobrą wolę i uznałam je. To też znikło.
Spotkałyśmy się spokojnie w sobotę wieczorem, podpisałyśmy umowę adopcyjną - jeśli trzeci raz kotka trafi do nas, pewnie założę sprawę o porzucenie. Oddałam kotkę - przy okazji dowiedziałam się, że ani brat, ani jego żona nie są opiekunami kota, a mieszkają w zupełnie innym miejscu. I właścicielka nie bardzo rozumie ich akcje…
Komentować nie będę, nie chce mi się.

Przy kolejnym znalezionym kocie bardzo poważnie zastanowię się, czy szukać właściciela - może lepiej nie narażać się takie aferki?  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz