czwartek, 25 maja 2017

Codzienność

opisała Ania
Bo to się zwykle tak zaczyna… Czyli 2017.05.11 godz.21.28, telefon:
-   Proszę pani, czy ja mówię z panią S?
-   Tak, słucham - numer znajomy, zapisany mam od 2008.

-   Bo tu jest kotka w ciąży, zamknęli jej okienko piwniczne, ona pewnie zaraz będzie rodzić, a to okienko zamknięte, nie ma gdzie...
Nie bardzo rozumiem - nie ma gdzie urodzić? Tzn ma urodzić? Na szczęście nie mam czasu i siły dociekać, o tej porze padam. Umawiam się na piątek po pracy - najpierw złapię kotkę (o ile złapię), dopiero potem wyjaśnię, że sterylka aborcyjna, bo a nuż pani z obrońców życia? Proszę, żeby w piątek nie karmiła.
Jest piątek 2017.05.12, godz.16.10, jestem na miejscu, jest kot - czarna, grubawa - przy domku na ogrodzonym terenie, chyba ta. Potężnie zasmarkana, z daleka widać.
Jest i pani. Miła, kulturalna, wdzięczna za pomoc, ta kotka taka biedna, taka chora, zasmarkana. Próbowali ją łapać rękami, ale podrapała, pogryzła… Nie pytam kto, dobrze, że chociaż próbowali.
Nastawiamy klatkę przy dziurze w płocie - tam kotka jest karmiona.
Pani woła, kotka podchodzi do dziury, od strony bloku biegnie coś czarne.


-  Ojej - mówi pani - ona się tego kota boi, ona się nie złapie, ten kot się złapie…
-  Złapie się ten kot, zabierzemy, potem będziemy ją łapać - uspakajam.
Jak na zawołanie - kot wchodzi, zamyka, nakrywamy kocykiem, niosę do samochodu, przeganiam do kontenerka - grzecznie przechodzi. Już nie czuje się na siłach przekładać w otwartym terenie, nie ten refleks… Wracam z klatką, stawiamy, kotka wchodzi.
Jest 16.48. Pani zachwycona, wdzięczna, dziękuje, próbuje mi zapłacić…
Dwa koty, wstępnie zarezerwowane jedno miejsce właśnie odpadło - do lecznicy przywieziono większą niespodziewajkę, w kolejnej lecznicy wzdychają, ale przyjmą.
Kotka ciężarna w klatce od razu dostaje zastrzyk, zaspaną wyciągamy do fotki, to drugie do boksu - na oko też kotka, drobna, szczupła. Oba zasmarkane, oba na mój koszt dostaną antybiotyk o przedłużonym działaniu - convenię, kilkadziesiąt zeta na kota…. Zaboli…. Trudno… Może trzeba było wziąć te pieniądze od pani?


Wracam, po drodze telefon z lecznicy - drugie to kocurek, młodziutki, niespełna roczny, do odebrania w niedzielę. Kotka też młodziutka - w jego wieku, pewnie rodzeństwo.
Nieco oprzytomniawszy po emocjach - łapanki, nawet takie łatwe i szybkie, potem szukanie miejsca w lecznicy, jazda z wystraszonymi i często śmierdzącymi kotami - trochę mnie nerwów kosztują - dzwonię do wdzięcznej pani.
-   Dzień dobrym to drugie to kocurek, zaraz wróci, zawiadomię, oba bardzo młode.
-   Ta kotka to się tu pod blokiem urodziła, we wrześniu. Ale kocurek?
-   Może brat z tego samego miotu?
-   Niemożliwe - mówi pani.
-   A co z tą kotką-matką? Ją też wartoby wysterylizować.
-   Ale ona ma już nowe kociaki!
-   Jak to nowe? Czemu pani nie zadzwoniła wcześniej, że w ciąży?
-   A skąd miałam wiedzieć, że dzwonić?
-   A skąd pani TERAZ wiedziała? Ma pani mój telefon od prawie 10ciu lat. Przecież to nie ma sensu, jedną łapać i sterylizować, a druga rodzi… ….
-   Proszę panią, ja mam 62 lata, ja sobie nie pozwolę! Ja te koty kilkanaście lat karmię! Żebym wiedziała, że tak pani będzie ze mną rozmawiać, wcale nie dzwoniłabym!
I trzask słuchawki….
W niedzielę odwoziłam kocurka, informacyjnie zadzwoniłam, przypomniałam o tej kotce z kociakami. Usłyszałam suche „dziękuję”. Obdzwoniłam okoliczne karmicielki, bez rezultatu, nic nie wiedzą.
We wtorek pora była odebrać kotkę - pojechałam do lecznicy, zabrałam, dzwonię do karmicielki:
-   Jak to, pani chce ją wypuścić? Bez uzgodnienie ze mną?
-   Mówiłam pani, że we wtorek odwiozę.
-   Mogła pani wcześniej zadzwonić! Jak tak można! Gdzie ona teraz jest?
-   W kontenerku w samochodzie, mówiłam, że właśnie jedziemy na Bracką..
-   Zabraniam pani jej wypuszczać! Niech ją pani przetrzyma jeszcze tydzień!
-   Gdzie? W kontenerku w samochodzie? Mówiłam pani, że kotka wraca we wtorek, że nie mam gdzie jej przetrzymywać.
-   Pani jest niepoważna! Pani śmie twierdzić, że pani pomaga kotom? Taka pomoc? Ja sobie tam na panią poczekam!
No mogłam zadzwonić wcześniej, mogłam dzwonić codziennie. Tylko, że:
a - generalnie nie mam czasu, rozmawiam w zasadzie tylko jadąc samochodem,
b - po ostatniej rozmowie na kolejną ochoty nie miałam,
c - i w piątek, i w niedzielę mówiłam o powrocie kotki we wtorek.
Pani w nerwach i z kontenerkiem czekała na mnie - zabiera kotkę do domu. W pierwszym momencie chciałam jej pozwolić przepakować kotkę, złośliwie - na pewno uciekłaby, ale zrobiło mi się żal kota - może u tej kobiety zostanie? Przepakowałam, oddałam kontenerek:
-   A co pani zrobiła z tym drugim kotem?.
-   Odwiozłam w niedzielę i wypuściłam tu, dzwoniłam do pani.
-   Nie przypominam sobie, nikt nie dzwonił.
Wyciągam telefon, pokazują historię połączeń, jest - niedziela późne popołudnie. Nieprawda, nie dzwoniłam.
Cóż, jestem złym człowiekiem, nie mam pojęcia o kotach, nie umiem rozmawiać z  ludźmi i na dokładkę kłamię.
Tak informacyjnie - żadnego więcej telefonu nie miałam.. Czyli gdzieś w okolicy Spornej - Boya Żeleńskiego lata kotka z kociakami…. I pewnie ktoś z Was będzie miał za chwilę telefon o pomoc.

Bywa?
Bywa…

Ale bywa i inaczej - też kontakt wieloletni, rozpoczęty w grudniu 2010.
Też telefon - od lekarza specjalisty wysokiej klasy, kontakt od znajomej lekarki - też specjalistki:
-   Hmmm dzień dobry pani, kotka się nam przybłąkała do ogrodu, okociła, mamy kociaki na werandzie, nie bardzo wiemy hmmm co robić.
Pan doktor trafił na szczyt zapchania u nas, więc:
-   Kociaki połapać, wsadzić do dużej króliczej klatki, ew przeleczyć, oswoić, odpchlić, odrobaczyć, zaszczepić, znaleźć im domy, kotkę złapać w klatkę-łapkę, wysterylizować, ew przeleczyć, jeśli dzika - postawić budkę, regularnie karmić, jeśli oswojona - szukać domu. Klatki mamy, możemy pożyczyć, ew pomoc przy łapaniu, niestety innych możliwości nie mamy.
-   Hmmm - powiedział Pan Doktor - dziękuję bardzo.
Myślałam, że to koniec kontaktu, ale już dawno wiem, że wszystkich kotów nie uratujemy, że nasze możliwości gdzieś się kończą… Dodatkowo na telefony „kotka się okociła” mam bardzo długie zęby, w końcu wiadomo, skąd się biorą małe kotki, dlaczego nie szuka się pomocy wcześniej, kiedy problem jest z jedną kotką / kotem, z  jedną łapanką i kasą na jeden zabieg, a dopiero wtedy, kiedy problem kilkakrotnie urośnie?
Po kilku dniach telefon:
-   Hmmm, dzień dobry pani, czy te klatki aktualne? Bo z sąsiadami jednego malucha złapaliśmy, zostanie u sąsiadów, ale reszty nie możemy złapać rękami.
Jasne, że klatki i pomoc merytoryczna aktualne.
Potrzebne były tylko klatki.
O tych kociakach i kotce wiem, że rodzinkę wyłapano, malce wyadoptowano, mamę wysterylizowano i sobie żyła w ogrodzie Pana Doktora.
A Pan Doktor? Regularnie dzwoni po klatkę-łapkę - bo a to na działce coś nowego się pokazało, a to u sąsiadów coś się kręci. Z tego co wiem kastracyjno-sterylkowo i edukacyjnie zaopatrzone jest i łódzkie miniosiedle Pana Doktora, i działki podłódzkie - w ramach informacyjno-pomocowej akcji sąsiedzkiej. Gdzieś tam po drodze był jakiś przybłąkany psiak do adopcji.
Właśnie w ostatni weekend złapany został nowy działkowy kocur, klatka już trafiła do p.Krystyny - w jej piwnicy pojawiła się nowa trikolorka, na razie wygląda na dziką - oby. P.Krystyna to też osoba, której chce się pomagać - czasem wystarczy podtrzymanie na duchu, czasem obietnica, że w razie czego coś tam na dt weźmiemy - i p.Krystyna działa.

[
Bywa i tak?
Bywa.
Na szczęście - inaczej już dawno zrezygnowałabym….

A wracając do tematu złapanych obsmarkanych czarnuszków - jeśli ktoś chciałby pomóc w zapłaceniu za ten długotrwały antybiotyk dla nich - to poproszę - konto 71 1020 2313 0000 3802 0442 4040 Fundacja For Animals Oddział Łódź 40-384 Katowice, 11 Listopada 4 - czarnuszki z Brackiej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz